Drogi lotnicze

Sezon urlopowy się kończy i wielkimi krokami zbliża się wrzesień. Od czasu zakończenia Światowych Dni Młodzieży próbuję polecieć na południe Krakowa, żeby zobaczyć na własne oczy, jak wyglądają słynne Brzegi koło Wieliczki. Ostatecznie taka okazja nadarza się w niedzielę. Lecę KIR-em;to ten sam samolot, z którym ostatnio miałem kłopoty z klapami.
W niedzielę, przy ładnej pogodzie, jest to przyjemny, relaksacyjny lot w terenach, które praktycznie są mi już dobrze znane. Może nie do końca jak po sznurku, ale sposoby i miejsca dotarcia, a następnie przejścia pomiędzy strefą zakazaną Oświęcimia (EPP5) oraz CTR-em Krakowskim weszły mi już w krew. Nawigacja w telefonie służy mi tylko i wyłącznie w celach kontrolnych, żeby którymś skrzydełkiem nie zawadzić o granicę obszaru.
Swoją drogą, to jest to pewna ciekawostka. Kiedy ktoś pyta mnie, gdzie mogę latać, zawsze odpowiadam, że wszędzie. Praktycznie nie istnieją wszakże ograniczenia w ruchu VFR (lotów z widocznością, do których uprania mnie licencja PPL). Dla kogoś zupełnie niezwiązanego z lotnictwem, nie są to jednak rzeczy oczywiste. W powszechnej świadomości bowiem istnieje przekonanie o istnieniu dróg lotniczych, po których mogą i muszą poruszać się wszystkie samoloty. I choć jest to w uproszczeniu prawdą dla lotnictwa komunikacyjnego i komercyjnego, to dla samolotów, z których korzystam, nie ma takiego obowiązku. Nie mniej jednak istnieją ograniczenia, a w zasadzie obszary, do których wlatywać nie wolno, albo wolno, ale tylko po uzyskaniu odpowiedniej zgody. W praktyce oznacza to, że jeśli chcę gdzieś polecieć, muszę się faktycznie poruszać po określonych trasach, których punkty charakterystyczne już nieźle rozpoznaję. I tak, chcąc lecieć z Muchowca na:
- północ lub północny wschód: kierujemy się na Hutę Katowice, a następnie Ogrodzieniec z ruinami średniowiecznego zamku,
- północny zachód: należy się kierować na Pyskowice z przyległym Jeziorem Dzierżno,
- zachód: lecimy przez Gliwice i węzeł autostradowy A4-A1
- południowy zachód: kierunek Elektrownia Łaziska lub Elektrownia Rybnik (jeśli widoczność pozwala),
- południe: przez Tychy mijając charakterystyczne dwa kominy z lewej strony, a następnie w kierunku jeziora Goczałkowickiego,
- południowy wschód: Zbiornik Dziećkowice i Libiąż (z charakterystycznym osiedlem widocznym z daleka),
- wschód: przez Olkusz i osiedle domków z niebieskimi dachami zostawiając po drodze ogromne zbiorniki kondensacyjne Elektrowni Jaworzno,
Inaczej się nie da. I choć może nie jest to dokładne określenie punktów według współrzędnych GPS, albo precyzyjnego wektorowania, to jest to wystarczające do odnalezienie się w nawigacji z mapą.
Wróćmy jednak do mojego lotu. Ponieważ nie mam zgody na wlot w CTR Balic muszę go minąć od południa. Z Muchowca należy więc lecieć mniej więcej na południowy wschód w kierunku Imielina i zbiornika w Dziećkowicach, potem okolice Zatora z parkiem rozrywki i widocznym z daleka czerwonym rollercosterem, potem Wadowice i już się zaczynają górki. Dla sportu przelatuję w okolicach Sanktuarium Pasyjno-Maryjnego w Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie mieści się Zakon Ojców Bernardynów. Dawno temu byłem tam zwiedzać klasztor. Teraz dane mi jest podziwiać go z góry.
Następnie: Wieliczka. Z daleka widoczny jest maszt telewizyjny, podobny do tego, który znajduje się na Śląsku w Kosztowach. Akurat na te dwa maszty trzeba uważać. Nie dość, że są bardzo wysokie, to jeszcze posiadają odciągi, które są daleko rozpięte na planie stożka i są praktycznie niewidoczne.
I wreszcie cel naszej dzisiejszej podróży, czyli skrzyżowanie autostrady A4 i drogi S7. Patrząc od południa, z prawej strony widać ogromne połacie, gdzie odbywały się spotkania z Papieżem. Widać przygotowane drogi dojazdowe i ewakuacyjne oraz ogrodzenia oddzielające przyległe stawy. Z drugiej strony S7 mieści się z kolei długa hala produkcyjna i magazyny zakładów Tele-Fonika na Bieżanowie, w której kiedyś pracowałem. Tym razem dwie pieczenie na jednym ogniu.
Tydzień później wybieram się z moimi synami do Kaniowa. Będzie to dla nich inauguracja lotu maleńkim Tecnamem. I chociaż w czasie briefingu przed lotem tłumaczę, że raczej w kokpicie jest mało miejsca, nie ma klimatyzacji i jest głośno, zderzenie z rzeczywistością dla kogoś, kto latał Airbusem, jest bolesne. „Ja mam tutaj wejść?”
Jest ich dwóch, więc musimy podzielić lot na dwie części. Pierwszy będzie po prostu odwiedzinami na rodzinnymi domami, a drugi – do Pyrzowic i z powrotem. Drogi, po których się poruszam są równie proste. W szczególności ta do Pyrzowic.
Stefa kontrolowana lotniska w Katowicach, robi na synu wrażenie. Głównie dzięki profesjonalizmowi. Komunikaty radiowe są jasne, precyzyjne i czytelne. Kontrolerka na wieży komunikuje się w ściśle określonych momentach, sama inicjując konwersację. Podchodzimy dwa razy do konwojera i za każdym razem otrzymuję instrukcję do natychmiastowego skierowania się na południe. W praktyce oznacza to przelot nad wieżą. Top Gun pełną gębą, a dzień kończymy niezapomnianymi wrażeniami.



0 komentarzy