Zimno, coraz zimniej

No i przyszła w końcu. Zima. Na szczęście nie sypnęło śniegiem, ale za to w dzień mamy 15 stopni poniżej zera. W nocy więcej, ok. 16-17. W takiej temperaturze jest duża szansa, że mała Cessna będzie się niosła do góry niewiarygodnie szybko, ale z drugiej strony, czy odpali?
Trasa przygotowana i przeliczona. Jak zwykle z samego rana sprawdzam jeszcze, jak mocno i skąd będzie wiać na wysokości przelotowej i zgłaszam plan lotu. W którymś momencie dochodzimy do sekcji ‚Survival Equipment’ i zgodnie z wcześniejszymi planami i informacją od mojego instruktora, mówię że samolot nie ma żadnego wyposażenia zapewniającego przetrwanie. „Czy aby na pewno” – słyszę po drugiej stronie słuchawki – „nawet termosu z ciepłą herbatą?”
Mimo, że jestem ubrany ‚na cebulkę’, to po paru minutach spędzonych pod hangarem, zaczynam przyznawać pani z briefingu w Katowicach rację. Skórzane rękawiczki nie pomagają, a tu po otwarciu wrót okazuje się, że jeszcze trzeba zatankować samolot. A na tym zabawa się nie kończy. Mimo, że w hangarze do silników podłączone były elektryczne nagrzewnice, to musimy po rozruchu rozgrzać silnik. Trwa to wieki. Obaj wpatrujemy się na wskazówkę temperatury oleju, a ta, jak zaczarowana, nie chce za nic wejść na zielone pole. W końcu się udaje. Startuję.
Dziś mam w planie atak na Pyrzowice, ale dla odmiany od strony północnej. Pierwszy punkt zwrotny to Strzelce Opolskie. Oczywiście wcześnie rano przejrzałem dokładnie mapy i sprawdziłem główne punkty nawigacyjne, ale kiedy już jesteśmy w górze, okazuje się, że widoczność wcale nie jest taka dobra, jak się wydawało z dołu. W związku z tym leci się fatalnie. Wprawdzie trzymam obrany kurs i mijamy kolejno DTŚ, a później autostradę A1, ale nic dalej niż na 2-2,5 km nie widać w szczegółach.
Na wysokości Pyskowic wyłania się po lewej stronie Jezioro Dzierżno Duże, co potwierdza właściwy kurs. Nie może być jednak tak całkiem różowo. Dostaję polecenie zmiany trasy z uwagi na słabe warunki atmosferyczne. Mam obrać kurs na lotnisko w Rybniku. Na oko będzie to jakieś 180 stopni. Robię piękny zakręt w lewo i kieruję się na południe. Zgodnie z planem szkolenia, jest to jeden z elementów, z którymi ucznia pilota należy zaznajomić. No to się praktycznie zaznajamiam.
Na lotnisku w Rybniku byłem tylko raz i zupełnie nie pamiętam, jak ono wygląda. Kiedy już się do niego zbliżamy (trafiłem obranym kursem bez większych korekt), proszę instruktora, żeby mi przypomniał, w którym miejscu trawiastego pola znajduje się pas. Jest w pobliżu budynków, od strony północnej, więc z kierunku, z którego przylatuję. Podchodzę, robię nienajgorszy touch-and-go i teraz mam odejść na Muchowiec.
Nabieramy wysokości do 3000. Mój oczny kątomierz mówi mi, że będzie to kurs ok. 50-60 stopni. Ponieważ jednak diabelskie urządzenie zwane busolą nie może ustać spokojnie, w rzeczywistości błądzę gdzieś między 70 a 90. Dopiero teraz, kiedy przygotowuję ten wpis i analizuję przebytą trasę widzę, że wystarczyło się kierować prosto na kominy Elektrowni Łaziska i nie zmieniając kursu wyszedłbym na pas 05 na Muchowcu. A tak minąłem Łaziska z prawej strony i w efekcie zrobiłem taki piękny łuk w kierunku lotniska. I tutaj pojawił się kolejny problem. Po wlocie nad teren lasów murckowskich, na horyzoncie zaczęło mi powoli majaczyć wielkie pole Muchowca, na którym jednak nie widać pasa betonowego! Zbliżam się, a tu dalej nic. Widoczność jeszcze bardziej się pogorszyła i dopiero na prostej do lądowania pojawiły się znajome znaki wymalowane na betonie. Robię piękne wyrównanie i idealne (według słów mojego instruktora) przyziemienie. Może nie był to najefektywniejszy lot, ale dla tej ostatniej pochwały, było warto.
0 komentarzy