Lot treningowy

W czwartek robi się coraz cieplej i zaczynają obowiązywać ograniczenia w lotach w godzinach 12 – 17. Dyrektor Aeroklubu wyjaśnia mi, że były dwa przypadki przegrzania silnika, co doprowadziło przy wysokiej temperaturze otoczenia do jego uszkodzenia. Dlatego wszyscy wolą dmuchać na zimne. Ja na szczęście mam rezerwację do godziny 11, więc na pewno polecę. Dziś będzie to lot czysto treningowy, głównie w celu poćwiczenia lądowań w różnych warunkach i na różnych lotniskach. Dlatego zaraz po odlocie z Muchowca udaję się do punktu GOLF, który stanowi wejście do CTR-u Pyrzowic. Nie mam złożonego planu lotu, więc uzgadniam z Krakowską Informacją, że skonsultuję się z wieżą w Pyrzowicach, czy jest możliwy wlot do przestrzeni kontrolowanej.
Ostatni raz na katowickim lotnisku byłem w czasie zdawania egzaminu państwowego, czyli 18 kwietnia (dwa miesiące temu). Najwyższy czas po temu, żeby odnowić swą znajomość z naszym lotniskiem międzynarodowym. Wieża odpowiada (bardzo miła pani), że jest to możliwe, ale muszę być gotowy na oczekiwanie z powodu startującego samolotu komunikacyjnego. Oczywiście, że jestem gotowy! Kiedyś, jeszcze podczas szkolenia, zdażyło mi się oczekiwać w punkcie GOLF przez 15 minut!
Tym razem wszystko idzie jak po maśle. Przedstawiam swoje intencje: dwukrotne ‚touch & go’ i wyjście ze strefy kontrolowanej na południe z powrotem przez GOLF. Lądowanie na ogromniastym pasie lotniska w Pyrzowicach to czysta przyjemność. Podchodzę do 27 pilnie obserwując PAPI na klapach 20 stopni i nieco wyższej prędkości od zalecanej nominalnie. Na płaskiej jak stół powierzchni, w miejscu, gdzie biały beton pasa jest upstrzony zdartą gumą z opon samolotowych stanowiących najlepszy wskaźnik miejsca lądowania, przyziemiam najpierw na główne podwozie i natychmiast dodaję gazu i informuję Wieżę o drugim kręgu. Potem powtórka. Chyba częściej będę odwiedzać Pyrzowice, skoro nie jest tak trudno się do nich dostać. Może też następnym razem spróbuję Balice – zobaczymy. Zanim pojawię się na Balicach, muszę jeszcze dokładnie przestudiować miejsca dolotów i odlotów, których jest nieco więcej w Krakowie.
Z Pyrzowic lecę do Kaniowa z identycznym zamiarem spróbowania się z lotniskiem od strony pasa 13. Przez ostatnie półtora miesiąca pogoda mnie rozpieszczała. Szkoląc się praktycznie od jesieni do wiosny, widoczność czasami była tak marna, że tylko porządnie przygotowany Operacyjny Plan Lotu wraz z ciągłą nawigacją na podstawie mapy, był w stanie utrzymać mnie na prawidłowym kursie. Natomiast w ostatnich tygodniach widoczność była taka, że w zasadzie mógłbym latać bez mapy, a i tak wszystko było widać. Dzisiaj, mimo ładnej pogody (na niebie pojedyncze cumulusy), widoczność nie przekraczała 5 km. A to oznacza, że trzeba się mocna skupiać, żeby się nie zgubić i nie wlecieć przez przypadek w miejsca, gdzie wlatywać nie wolno. Kaniów na szczęście jest blisko i praktycznie po minięciu Tychów, widać już lśniące w słońcu budynki hangarów. Ląduję mocnym krabem i w zasadzie nie wiem dlaczego tak mocno mnie skręca skoro nie ma aż tak mocnego wiatru. Kolejne lądowanie po pełnym kręgu do 13 jest już lepsze i w zasadzie miałbym ochotę się jeszcze trochę pokręcić, ale czas wracać.
W planie na dziś miałem jeszcze przećwiczenie zakrętów standardowych. Chodzi tutaj o takie skoordynowanie działań, aby tylko przy użyciu przyrządów być w stanie np. odwrócić się o 180 stopni w stosunku do bieżącego kursu. Do czego się to może przydać? Na przykład w sytuacji nieprzewidzianego wlotu w chmurę i wynikającego z tego braku orientacji. Wtedy należy wykorzystać przyrząd zwany chyłomierzem i zakrętomierzem. Wychylając lotki tak, aby na przyrządzie skrzydło dotykało kreski L lub R z jednoczesnym utrzymaniem kulki w położeniu środkowym, otrzymujemy skoordynowany zakręt o ustalonej prędkości kątowej 3 stopnie na sekundę. W efekcie, 180 stopni uzyskujemy w czasie 1 minuty. Problem jednak polega na tym, że w HMR model samolociku na przyrządzie skacze po całej skali i trudno utrzymać cokolwiek. I to niestety powoduje, że to ćwiczenie będę musiał odłożyć na później. Szkoda.
Wracam na Muchowiec, gdzie czeka już następny klient.
I byłby to zwykły lot treningowy, a wpis nie różniłby się bardzo od innych, gdyby nie jedno zdarzenie. Otóż podczas przeglądu przedlotowego przywaliłem czołem w prawą klapę. Jako że końcówki klap są ostre, ale jednocześnie mają charakterystyczny profil składający się z romboidalnych kształtów rozmieszczonych co ok. 10 cm, na moim czole został wycięty piękny, równy kwadracik o boku 5 mm. I w ten sposób lotnictwo odbiło swoje piętno na mym wyniosłym czole.
0 komentarzy