Z naturą nie da się wygrać

Po ostatnim locie wokół CTR Balic pozostał mi pewien niesmak. Nie do końca wiem dlaczego, ale tak jakoś odczułem lekką nudę wiejącą z zza śmigła. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy może aby na pewno wybór pilotażu był wyborem właściwym…
Wszystko zmieniło się jednak, kiedy dotarłem na lotnisko w niedzielne przedpołudnie. Odsunięcie drzwi hangaru, wyprowadzenie samolotu, unoszące się w powietrzu opary AVGAS-u, niezapomniane wrażenia zapachowe 40-to letniej tapicerki siedzeń poczciwej Cessny, plama ze smaru na mojej kurtce – bezcenne. Jeśli do tego dołożyć start, nabranie szybkości i wznoszenie wykonane na pięknym prawym zakręcie nad lotniskiem i dalej wolność w panowaniu nad maleńką łupinką w powietrzu, przypomina mi, dlaczego to robię. To mi się po prostu podoba.
Tego dnia mam w planie Rybnik i Pyrzowice do zaliczenia. Po odejściu z Muchowca obieram wyliczony kurs i potwierdzam go wzrokowo z widoczną na horyzoncie elektrownią Łaziska, którą powinienem minąć z prawej strony. Lot generalnie przebiega poprawnie, choć ciekawostkę stanowi fakt, że mojemu instruktorowi szwankują słuchawki. Muszę sobie radzić z wszystkim sam, co (nie ukrywam) podoba mi się. Niestety w pewnym momencie szef przejmuje stery i robi gwałtowny zwrot. Okazuje się, że od północnego zachodu nadchodzi ściana z pogorszającą się widocznością – opad śniegu. Z naszej pozycji nie widać już w tamtym rejonie niczego. Szybka decyzja: żeby nie zostać odciętym od możliwości powrotu, lecimy na Muchowiec, a plan lotu odwołujemy. W pobliżu lotniska dosięgają nas już powoli opady, ale pas widać w całości. Nauczony poprzednimi doświadczeniami, wykonuję poprawne podejście z długiej prostej i (w mojej opinii) piękne przyziemienie.
Nie ma znaczenia, że dzisiejszy lot trwał 20 minut i będzie to najkrótszy czas wpisany do Logbooka. Fajnie było i to jest najważniejsze.
0 komentarzy